Niewiele wiemy o Sokratesie (469-399 pne), a to co wiemy to głównie od Platona. Nietzsche określił to tak: "z przodu Platon, z tyłu Platon, a w środku chimera". Chimera, czyli tajemnica. To co wiemy wystarczy jednak żeby docenić jego wpływ.
Był to człowiek obdarzony niezwykłą siłą ducha, bez reszty oddany przekazywaniu swoich przekonań. Żył w biedzie, ponieważ nie interesowały go pieniądze. Dyskutował z każdym napotkanym przechodniem, wciągając go w spór na temat spraw zasadniczych. A więc obchodziło go przede wszystkim precyzyjne używanie słów. Przez indukcję dochodził do ich rzeczywistego znaczenia, sprzeciwiając się błędom wynikającym z myślenia niedbałego i powierzchownego. Po drugie, przypisywał sobie intuicyjną wiedzę co jest dobre a co złe, i tę wiedzę przekazywał w dyskusjach.
Sokrates nie przyjmował do wiadomości kłopotów w które wpędza dialektyka. Dziś powiedzielibyśmy, że był poznawczym optymistą. Wierzył, że wiedza - i to wiedza ogólna o pojęciach, jaką sam posiadał - wystarczy, by osiągnąć cnotę moralności. Człowiek rozumny nie może być zły - jakiż sens jest w krzywdzeniu innych ludzi? A wiedza i cnota dają szczęście. Te trzy pojęcia były więc dla Sokratesa jednym i tym samym.
Możemy się dzisiaj zastanawiać, jak przebiegał rozwój wewnętrzny człowieka którego sława nie zmniejszyła się przez tyle wieków. Czy doszedł do swojej wiedzy przez rozmyślania? Ile miał lat, gdy zaczął nauczać? Kiedy uodpornił się na szyderstwa, których tyle musiało go spotkać? Wiemy, że był dzielnym żołnierzem. Wolno się domyślać, że od dziecka był pogodny i lubił ludzi.
Był to szczytowy okres rozkwitu intelektualnego Aten. Za mędrców uważało się wielu. Jak dzisiaj, jeśli kto miał pieniądze lub sławę, traktował to jako dowód świetności swego umysłu. Ale młodzież gromadziła się wokół obdartego starca. Wybuchali śmiechem, gdy jego podchwytliwe pytania odbierały dobre samopoczucie kolejnemu poważnemu obywatelowi. Powtarzano sobie jego sformułowania, jego intelektualne wyczyny. Toteż jak jedni go jawnie kochali, tak inni skrycie nienawidzili. Sława Sokratesa rosła, on zaś wydawał się niczym nie przejmować. Tak trwało kilkanaście, może dwadzieścia kilka lat. Jego wrogowie zestarzeli się i stracili umiar. W końcu oskarżono go o bezbożność, o demoralizację młodzieży.
I okazało się wtedy, że zagrożenie wyrokiem nie osłabiło wymowy mędrca ani na jotę. Był tak samo ironiczny, pogodny i kpiący jak zawsze. Proces przyciągnął tłumy. I tłumy dowiedziały się, że oskarżyciele Sokratesa popełnili intelektualne i moralne samobójstwo. Nikt nie sprostał jego wymowie, ciętemu dowcipowi i przede wszystkim precyzji rozumowania. Jedynym argumentem sędziów była ich formalna rola. Chcąc ją wyzyskać dla zagłuszenia starca i podniesienia swej powagi, wydali wyrok śmierci. Bardzo ludzkie rozwiązanie. Ale Sokrates przyjął je kpiną.
Ze względów religijnych wykonanie wyroku odwlekło się o miesiąc. Ten czas zeszedł skazanemu na dyskusjach, prowadzonych z uczniami i przyjaciółmi odwiedzającymi go w więzieniu. Proponowano mu ucieczkę - nie chciał. Było tak, jakby śmierć była częścią jego planu, jego pomysłu na życie. W niczym mu nie przeszkodziła. Nie planował żadnej innej przyszłości.
Truciznę wypił jakby z zaciekawieniem. Spodziewał się chyba czegoś gorszego. Jego ostatnie słowa to prośba, aby uczcić ofiarą Asklepiosa, boga sztuki lekarskiej. Może z wdzięczności, że nie cierpi? Ta uprzejmość czyni go równym bogom.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz