czwartek, 31 marca 2011

Paradoks znaku zapytania

Znanym przykładem zdania które odnosi się do samego siebie jest "ja kłamię". Zdanie prowadzi do paradoksu: jeśli kłamię to mówię prawdę, jeśli mówię prawdę to kłamię. Czy za paradoks należy też uznać zdanie wątpiące "Nie ma podstaw, aby twierdzić, że..." ? Inaczej mówiąc, czy wiara, że w ostatecznym rachunku wszystko opiera się na wierze, samą siebie podważa?

W słynnej i świetnie napisanej książce "Modne bzdury" Alan Sokal i Jean Bricmont wyśmiewają język stosowany przez niektórych postmodernistów. Wyśmiewają skutecznie i słusznie, o czym świadczą przytaczane przez nich horrendalne cytaty z dzieł Lacana, Kristevej czy Baudrillarda. Kto nie wierzy, niech zajrzy do książki - odkładając ją, będzie przekonany. Czy twierdzenie to jest przejawem imperializmu fizyków?

Ale tekst książki ma drugą warstwę, a właściwie dwie. Między rozdziały prześmiewcze wplecione są dwa "intermezza", rozdział trzeci i szósty, poświęcone poważniejszej dyskusji z postmodernizmem. Jest też epilog. W warstwie, powiedzmy, zewnętrznej, Autorzy - zadeklarowani fizycy - traktują określenie "relatywizm" jako negatywne. Cytat ze strony 60: "W dużym uproszczeniu możemy powiedzieć, że używamy terminu "relatywizm" jako dowolnej filozofii, zgodnie z którą prawda lub fałsz dowolnego twierdzenia jest rzeczą względną i zależy od jednostki lub grupy społecznej." Na sąsiedniej stronie czytamy: "Podczas gdy uczeni usiłują, najlepiej jak potrafią, uzyskać obiektywny obraz (pewnych aspektów) świata, relatywiści tłumaczą im, że tylko marnują czas i że takie próby są z zasadniczych powodów iluzoryczne." W przypisie znajdujemy odwołanie do opinii publicznej, cytuję: "...tylko nieliczni uczeni byliby gotowi przyznać, że cały dyskurs naukowy jest wyłącznie konstruktem społecznym. Jak pisał jeden z nas, nie chcemy zgodzić się z tym, że reguły kwantowej teorii pola nie różnią się od reguł dobrego wychowania."

Jest i trzecia warstwa, wewnętrzna, która przebija zza tych kpin. Walcząc uczciwie, Autorzy czasem czują się w obowiązku walczyć poważnie; odwołują się wtedy do dwóch argumentów. Pierwszy polega na swoistej redukcji do absurdu. Cóż by się stało - piszą Autorzy - gdyby postmodernistyczne wątpliwości zasiać na przykład w prowadzeniu śledztwa o morderstwo? Oto cytat ze strony 77: "Dochodzimy wtedy na przykład do wniosku, że niezależnie od stwierdzonych faktów po zakończeniu kryminalnego dochodzenia mamy tyle samo podejrzanych co na początku."

Drugi argument, użyty m. in. na stronie 80, polega na tym, że zastosowanie zasad, cytuję: "radykalnej wersji Kuhnowskiej historii nauki (...) do niej samej prowadzi do obalenia całej koncepcji."

W wielu miejscach tekstu napotykamy na fragmenty, świadczące że Autorzy akceptują fakt, że brak argumentów przeciwko ogólnemu sceptycyzmowi. Chodziłoby tu więc o rozróżnienie teoretycznej refleksji epistemologa od codziennej działalności, w której nikt nie odrzuca doświadczenia pokoleń. Nawet język użyty przez tegoż epistemologa -relatywistę musi korzystać z koncepcji przyczyny i skutku, na tymże doświadczeniu opartej, choćby tej koncepcji brakło dowodu własnego istnienia.

A moje pytanie brzmi: czy zasadny jest argument drugi? Jeżeli nawet przyjmiemy, że zdanie może dotyczyć samo siebie, czy w istocie wątpienie obala się samo? Może wątpienie pozwala tylko - samo w siebie - wątpić? Wtedy drugi argument Sokala i Bricmonta nie byłby uzasadniony.

Brak komentarzy: