Zaczęło się od wizyty w Krakowie Vaclava Havla. Skądinąd sympatyczny przecież polityk, l. 71, uznał za stosowne wygłosić następujące zdanie: "Uważam, że byłoby w interesie wszystkich obywateli Polski, gdyby na te wybory zostali zaproszeni międzynarodowi obserwatorzy." Wzbudziło to pewną konsternację. Jakoś nie znalazł się nikt kto by mu to wcześniej wyperswadował... Ale Havel, jak by nie było, jest dziś osobą prywatną i może sobie chlapać co zechce. Tylko urzędującym dyplomatom ten komfort nie przysługuje.
Aliści co mamy? mamy następną aferę: nie wpuszczamy obserwatorów OBWE na wybory. „Nie możemy pozwalać na to, żeby nas traktować jak kraj trzeciego świata” brzmi wypowiedź rzecznika rządu Jana Dziedziczaka. „To oznacza, że Polska sama siebie stawia w świetle podejrzeń” – twierdzi polityk PO Bronisław Komorowski. "Proponowałabym, aby dziennikarze i całe społeczeństwo zjednoczyło się w obronie Polski przed szkalowaniem, z którym mamy do czynienia, a które jest inspirowane przez polską opozycję" - to głos pani minister spraw zagranicznych Anny Fotygi.
Całe społeczeństwo, czyli ja też. A ja mam osobiste wspomnienie związane z podobną sprawą. Kilka lat temu po długiej dyskusji z naukowcem z Izraela na tematy palestyńskie spytałem go, czemu jego rząd nie wpuszcza międzynarodowych obserwatorów. „Bo oni współpracują z terrorystami” brzmiała odpowiedź.
Teraz, jak go spotkam, w obronie Polski będę się chował w mysiej dziurze.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz