W dzisiejszej GW (14.10.2011) red. Witold Gadomski udziela rządowi powyborczych rad: „Jak zerwać ze status quo?” O szkolnictwie pisze pod śródtytułem „Więcej pieniędzy dla nauki i zdrowia”. Fragment dotyczący nauki przytaczam w całości:
„ Przed wyborami partie licytowały się w populistycznych hasłach i obietnicach. PiS np. protestował przeciwko sensownej (choć bardzo ostrożnej) zmianie w finansach szkół wyższych, polegającej na tym, że studenci uczelni publicznych muszą płacić za drugie studia. Tymczasem, jak wynika z danych Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, w trybie stacjonarnym, czyli bezpłatnie na uczelniach publicznych studiuje zaledwie 40 proc. Reszta - czyli 60 proc. - studentów musi za naukę płacić. Ucichła dyskusja o wyrównaniu szans podjęta przed kilku laty (m.in. przez Konferencję Rektorów).
Najprostszym rozwiązaniem byłoby objęcie opłatami wszystkich studentów, dzięki czemu budżety uczelni zostałyby zasilone kilkoma miliardami złotych. To pozwoliłoby nie tylko stworzyć sensowny system stypendialny, ale także wyrównałoby konkurencję między uczelniami prywatnymi i publicznymi, z korzyścią dla jakości studiów. Przyczyniłoby się też do bardziej racjonalnych wyborów młodych ludzi, których duża część po skończeniu studiów zasila szeregi bezrobotnych.”
Na te krótkie argumenty można odpowiedzieć krótko.
40 procent którzy „studiują bezpłatnie” to studenci najlepsi. Kazać im płacić, to dodatkowy warunek: mają mieć pieniądze. Bogaci zapłacą, biedni zrezygnują ze studiów. Czy to nazywamy wyrównywaniem szans?
W jaki sposób płatność za studia miałaby zapewnić sensowność systemu stypendialnego? Wszak nie radzimy sobie z przelewaniem pieniędzy na emerytury ani na służbę zdrowia. Może by doprowadzić jedną rzecz do porządku, zanim zaczniemy gmerać przy następnej?
Dlaczego wyrównanie konkurencji między uczelniami prywatnymi i publicznymi ma polepszyć jakość studiów? Uczelnie prywatne nie są nastawione na jakość tylko na zysk, i państwowy sponsor tego nie zmieni. Wyjątkom chwała, reguła zostaje.
Wyrównanie szans ma dotyczyć studentów, nie szkół. Równie dobrze moglibyśmy opłacać z budżetu prywatne agencje ochrony, żeby wyrównać ich szanse z policją.
Jakość kształcenia na uczelniach państwowych można premiować. Zasada „pieniądze za studentem” idzie w przeciwnym kierunku, stracą placówki najlepsze. Jeśli fundusze uczelni oblicza się od ilości głów studentów, ich jakość nie ma znaczenia.
To co się nam proponuje, to więcej pieniędzy sterowanych centralnie. Najprostsze rozwiązanie nigdy nie jest lepsze od status quo. Przykłady litościwie pomijam.
A na czubku kwiatek: oto dowiadujemy się wreszcie, dlaczego istnieje bezrobocie wśród absolwentów szkół wyższych. Dlatego, że studenci nie płacą za studia, więc nieracjonalnie wybierają byle co. Proste, nie?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz