Dawno nie miałem w ręku książki jednocześnie ciekawej i dotyczącej rzeczy, jeżeli można tak powiedzieć, ostatecznych. "Koniec nauki" Johna Horgana przywraca mi apetyt. Zobaczymy.
Wstęp jest niejednorodny: zawiera kilka wątków różnej wagi. Elementy dotyczące zewnętrznych cech Penrose'a nie mają znaczenia przy informacji, że Penrose jest platonikiem: "Uczeni nie wymyślają prawdy: oni ją odkrywają." Prawie zapomniałem, że można poważnie wyznawać taki pogląd; oczywiście, można poważnie wyznawać wszystko. Przyzwyczaiłem się jednak do myśli, że problem nie polega na tym, czy można wymyślać prawdę. Raczej na tym, jak to możliwe że wynik tego wymyślania wygląda jak prawdziwy. Ale to oczywiście tylko mój punkt widzenia. Gdyby był choć trochę bardziej obowiązujący, byłoby to sprzeczne z nim samym.
Skoro to jednak mój punkt widzenia, uważam go za spójny. Z czym? nie wiem dobrze. Z samym sobą; z moimi dawno zapomnianymi dziecinnymi odkryciami, które leżą gdzieś w mojej podświadomości. Być może skłonność do czynienia swych przekonań spójnymi jest cechą ludzkiego umysłu, nabytą ewolucyjnie. Tłuczenie głową w pień palmy nie zwiększało zdolności do prokreacji? Co jest spójne a co nie - zdolność tego rozróżniania jest daleko poza kręgiem naszych możliwości. Może kiedyś...
No właśnie. Jak twierdził Napoleon, policja więcej wymyśla niż odkrywa. Jeżeli przyjąć ten punkt widzenia w odniesieniu do nauki, to jej hipotetyczny koniec nam nie grozi; wymyślaniu wszak nie ma końca. Dalej, ten sam punkt widzenia każe nam z nieufnością patrzeć na przebłyski geniuszu. Geniusz, uosabiany przez Penrose'a, chciałby wpaść na genialny pomysł który potem a nuż zostanie potwierdzony przez doświadczenie. A więc np. mózg jest kwantowy. Ale wielkość pomysłu wymyślonego trzeba mierzyć jego spójnością ze stanem obecnej wiedzy, jego siłą objaśniającą; cóż po teorii względności odgadywanej przypadkiem, skoro i tak kiedyś okaże się fałszywa? Niemniej w przypadku fizyki ludzkość myśli, że się tak wyrażę, zbiorowo: najlepszy pomysł teoretyczny będzie gruntownie sprawdzany doświadczalnie - przez kogoś innego. Powoli - ale pewnie. Ten mechanizm sprawia że w skończonej populacji coś się zawsze przyjmie.
Bardzo dobry jest pomysł Horgana nauki ironicznej: tekst nawet naukowy jest wieloznaczny, może być odczytywany na różne sposoby. Ironia polega tu na tym że autor pisze, zdając sobie sprawę z wieloznaczności swego tekstu, ale się do niej nie odnosi. Wieloznaczny jest oczywiście również Horgan: co oznacza "szukanie prawdy, którą można osiągnąć"? Jesteśmy tu we władzy mitu.
Czytając słowa "najpospolitszą strategią silnego uczonego" uśmiechamy się z niedowierzaniem. Czyżby Autor dał się ponieść słowom tak daleko? Dalej następuje lista pytań, której ironia pewnie by się przydała, np. "jak został stworzony Wszechświat?" Dalej okazuje się, że nauka ironiczna to tylko... nauka zgodna z paradygmatem.
Mówić tu o końcu nauki.. To nie ten koniec, Mr. Horgan. Ten koniec wygląda raczej na początek.
Rozdział "Koniec postępu" dotyczy nauki. Ustami pesymistycznego rozmówcy z Berkeley Horgan argumentuje że poszczególne nauki się kończą. Pewnie tak, być może. Ale powstają nowe!
Argumenty ciagną się przez cały rozdział, coraz bardziej splątane; chwilami nie wiem za końcem czy przeciw końcowi. Pod koniec znajdujemy dwie myśli warte uwagi. Pierwsza, że gałąź nauki (H. pisze "nauka" ale ja wiem swoje) może rozwijać się - coraz wolniej. Przypominają się dwa sposoby nielubienia sztuki... A druga, że wyobraźnia nie ma kresu. Horgan zastrzega się jednak, że wyobraźnia nie wystarcza prawdziwej nauce. Tylko tej ironicznej: krytyce nauki.
A mnie się wydaje, że taka socjologia - taka jaka powinna być - jeszcze się prawie nie zaczęła. Szczęśliwy, kto trafi na perłę: problem który go przerośnie. Wtedy poświęci mu resztę życia. Sprzeda wszystko i kupi oną perłę...
W rozdziale "Koniec filozofii" Horgan dopisuje słowo "koniec" do wszystkiego czego się dotknie. Tym sposobem Popper zmienia się w koniec Poppera, 93-letniego filozofa we władzy dominującej sekretarki. Falsyfikacja jest zastosowana głównie w stosunku do samej siebie. Z Kuhna chętnie przyjęte jest wszystko co jest końcem, a więc paradygmat jest obalony jako paradygmat paradygmatu. Horgan uczciwie pisze co robi: "Stwierdzenie, że idee Poppera i Kuhna mają usterki, nie oznacza, że nie mogą one służyć jako pożyteczne narzędzie analizy nauki. Model nauki normalnej Kuhna dokładnie opisuje to, co robi teraz większość naukowców: uzupełniają szczegóły, rozwiązują stosunkowo proste zagadki, które umacniają, lecz nie kwestionują dominującego paradygmatu. Kryterium falsyfikacji Poppera może pomóc odróżnić naukę empiryczną od ironicznej." Wyśmiewając filozofów, Horgan dociera do Feyerabenda; tego jednak trudno wyśmiewać bardziej, niż to robi sam Feyerabend. Chciałbym tu zanotować, że F. domaga się rozdziału nauki od państwa; moim zdaniem póki nauka jest tak potężna, jak dziś, ten rozdział jest niemożliwy.
"Koniec fizyki" to rozejście się z doświadczeniem pewnego sposobu uprawiania fizyki: struny, terawaty. To jednak nie koniec fizyki jako empirycystycznego sposobu badania świata. Niech mi będzie wolno użyć jeszcze raz słowa "uzgadnianie". Weinberg: "Nie czuję, że jestem tutaj po to, by być pewnym czegokolwiek." Bohm: "myśl, że istnieje koniec, może być przeszkodą w patrzeniu dalej." Z fizykami Horganowi szło o tyle gorzej, że jego własne spekulacje o końcu fizyki nie były dla nich inspirujące. "Molczat! kotoryj car durak, ja łuczsze znaju." "Koniec kosmologii" wpisuje się w ten sam scenariusz nauki ironicznej. Ale znam się na tym jeszcze mniej.
"Koniec biologii ewolucyjnej" przywołuje Dawkinsa i Goulda. Dopiero jako kompletny laik mogę docenić w pełni Horgana jako popularyzatora. Gould jest ustawiony frontem do Darwina - to retoryczne dorabianie gęby Gouldowi. Biologia jako historia - bardzo ładne, i w istocie takiej biologii końca nie widać. Cała ta heca z końcem nauki to chwyt retoryczny: patrząc w tył na historię nauki stoimy na jej końcu chronologicznym, ale ten punkt przesuwa się z szybkością czasu, rok na rok - a my wędrujemy z nim razem - tyłem do przyszłości.
Stuart Kauffman - w zasadzie Horgan nie przekazał żadnego uzasadnienia jego teorii. Trudno, nie można bezkarnie pisać o Wszystkim.
Skończmy cytatem: "Dziedzina ta jest pełna egzotycznych naukowców i egzotycznych teorii, które nigdy nie zostają całkowicie odrzucone lub powszechnie przyjęte, lecz tylko najpierw są modne, a potem wychodzą z mody." O czym jeszcze, poza pochodzeniem życia, to mogłoby być?
"Koniec nauk społecznych", na który tak czekałem - klęska. Trzy portrety: Edward Wilson (socjobiologia), Noam Chomsky (językoznawstwo) i Clifford Geertz (antropologia). W odnośnikach wzmianka o Pinkerze - i tyle. Co to są te nauki społeczne?
Ten brak wynagradza "Koniec neurobiologii" - tu wreszcie mamy do czynienia z problemem naukowym głębokim i nierozwiązanym, którego samo postawienie wymaga przyjęcia postawy badawczej o głębokich implikacjach filozoficznych. Problemem świadomości. Zaczynamy od Cricka: "jesteś tylko pęczkiem neuronów". Następnych - Edelmana i wyznawców teorii kwantowych - Horgan wyszydza, może i słusznie. A jednak problem świadomości może przyprawić o utratę rozsądku. Może być.. perłą...
Mnie osobiście najbardziej naturalne wydaje się stanowisko czysto materialistyczne, takie jak to które reprezentuje Daniel Dennett, i byc może bliskie stanowisku Cricka. Możemy stworzyć model mózgu czy nawet model umysłu, co będzie łatwiejsze niż zrozumienie jego działania. Jeżeli świadomość istnieje, to upieranie się że jest ona niematerialna jest bardzo, bardzo trudne. Jeżeli świadomość jest artefaktem, reifikacją, złudzeniem - to takie upieranie się wcale nie staje się łatwiejsze.
W tym rozdziale Horgan jest naprawdę dobry.
"Koniec chaopleksowości" - to o nas, trzeba czytać staranniej. Przeczytałem dwa razy. Czego tu nie ma! chyba tylko porządku. Wojny gwiezdne, efekt motyla, emergencja, automaty komórkowe, Life Conwaya, zbiór Mandelbrota... Tu przerwę wyliczankę na rzecz godnego uwagi cytatu: "istnieją proste zbiory reguł matematycznych, które, realizowane przez komputer, prowadza do niezwykle skomplikowanych schematów, a te nigdy nie powtarzają sie dokładnie. Świat przyrody także zawiera wiele niezykle skomplikowanych schematów, które nigdy nie powtarzają sie dokładnie. Wniosek: podstawa wielu bardzo skomplikowanych zjawisk świata sa proste reguły." Używając słowa "wniosek" Horgan oczywiście dorabia nam głupią gębę. Ale poprawka jest niewielka: "nie można wykluczyć, że".
Możemy wyliczać dalej: Optymiści (Epstein, Holland), krawędź chaosu, złożoność. Langton, wyjątkowo niewyśmiany, chociaż podkładał się usilnie, epatując współczuciem dla agentów w komputerze. Przerwa na referencję: Naomi Oreskes, Kenneth Belitz, Kristin Shrader Frechette, Verification, Validation and Confirmation of Numerical Models in the Earth Science, Science, February 1994. Piszą oni, że weryfikacja modelu jest niemożliwa. "..modele okazują się najbardziej użyteczne, gdy są wykorzystywane dla zakwestionowania istniejących sformułowań, a nie do ich oceny lub weryfikacji." dalej: samozorganizowany stan krytyczny Baka, katastrofy czyli cybernetyka i teoria katastrof. Sceptyk Phil Anderson, sceptyk maniak Gell-Mann i maniak Prigogine, sceptyk Feigenbaum ("Budujemy narzędzia!").
"Jeśli cokolwiek może przyspieszyć koniec nauki empirycznej, to uczynią to właśnie komputery." Gruba przesada.
Tworzenie metafor. No tak, to jest to.
"Koniec limitologii" cokolwiek by to znaczyło (koniec nauki o końcu nauki?) czyta się owszem! Zjazd luminarzy w Santa Fe (Holy Faith), i oto ich problemy:
"Czy rzeczywisty świat jest zbyt złożony, byśmy go mogli zrozumieć?" Padły dwie ładne odpowiedzi, Jacksona: "aby określić czy nauka ma granice, trzeba ją zdefiniować, to jest określić granice; z drugiej strony nie mogę zdefiniować żony, ale mogę ją rozpoznać" i Kaufffmana: "być to klasyfikować, to jest odrzucać informacje; tak więc poznanie wymaga ignorancji". Nie umiem reagować tak zgrabnie, ale powiedziałbym że nie mamy nawet sposobu żeby określać ani co jest rzeczywistym światem, ani co jest niezrozumiałe.
"Czy Marsjanie obserwujący szachistów mogliby zgadnąć reguły gry?" Kauffman machnął Wittgensteinem, ale to pytanie jest prostsze: tak ale nie na pewno. W istocie to pytanie znaczy: czy prawa które odkrywamy są jedyną możliwością? Nawet w historii fizyki - jedynej jaką znamy -znalazłaby się odpowiedź przecząca.
Potem o tw. Godla - ale ten wątek mnie nie bawi, byc może nie tylko dlatego żem laik.
Potem, czy prawdziwsze są liczby naturalne czy rzeczywiste. Nic ciekawego. Zależy od ostatnio obowiązującej teorii. Chaitin: "Fizycy wiedzą że każde równanie jest kłamstwem". Powiedziałbym: nie wszyscy.
Brian Arthur: przewidzieć giełdę to przewidzieć wszystkich graczy. Tak, to jest ograniczenie. Landauer: przewidzieć przyszłość to przewidzieć wszystkich ludzi (trochę go uogólniłem).
Shepard: "co będzie gdy nauka stanie się dla wszystkich niezrozumiała?" Traub: "może poprowadzą ją komputery?"
Gomory+ Traub: "łatwiej stworzyć przyszłość niż ją przewidzieć."
Rossler: "skąd wiemy że coś rozumiemy? " Właśnie.
Shepard: "czy matematykę się wymyśla czy odkrywa?" Nie było odpowiedzi.
Potem były rozmowy z Chaitinem (co jest przeznaczeniem ludzkości: rozwój nauki czy heroina i TV?) i Fukuyamą (nauka jest bardziej wytworem dążenia do potęgi niż chęci poznania). Horgan kończy rozdział, odwołując się do wizji przyszłości, gdy badania prowadzą same komputery. Osobiście nie wiem, czemu miałyby to robić; sądzę raczej że motywacja człowieka dążenia do potęgi jest wieczna.
"Teologia naukowa czyli koniec nauki maszyn" eksploatuje pracowicie wątek maszyn naukowców, aż do pytania Freemana Dysona: czemu na świecie jest tak dużo przemocy i ubóstwa? Jego odpowiedź to zasada maksymalnej różnorodności: zawsze się zdarzy coś nieprzewidzianego. "Nie wszystkie wyzwania można przezwyciężyć, dlatego mamy tragedie." No cóż, to jest odwołanie się do entropii. Moja odpowiedź brzmiałaby raczej "dlaczego nie".
W wywiadzie Dyson wyrażał nadzieję, że fizyka zawsze będzie niespójna, a przez to otwarta. Moim zdaniem to akurat życzenie jest spełnione. Wniosek Dysona jednak jest zaskakujący: "fizyka przypomina naukę grecką: ma ciekawy początek, ale tak naprawdę nie prowadzi do właściwego celu. Dlatego koniec fizyki może być początkiem czegoś innego."
Potem następują dosłowne bajki. Zanotuję tylko aforyzm o różnicy między naukowcem i inżynierem: pierwszy dąży do prawdy, drugi do dobra. P i D.
Ostatni rozdział nosi tytuł "Przerażenie Boga". Zawiera osobiste zwierzenia Horgana i ma swój wdzięk. W zasadzie wychodzi poza moje zainteresowania i myślę że lepiej będzie, jeśli nie będę go komentował. W ostatnim słowie Horgan odwołuje się jeszcze raz do końca nauki. Czyżby w to wierzył naprawdę?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz