niedziela, 26 października 2008

z lektur - Jacek Woźniakowski

"Coś podobnego przytrafiło mi się, kiedy po ostatniej lekcji profesor powiedział - Woźniakowski zmówi modlitwę..., co mnie zaskoczyło, bo jakoś zawsze wskazywano innych do wypowiedzenia w imieniu klasy tego krótkiego i pięknego tekstu. Słyszeliśmy go już setki razy. Ale tym razem po wygłoszeniu pierwszych słów zupełnie, ale to zupełnie zapomniałem dalszego ciągu. Pustka absolutna. Więc żeby z tej głuchej pustki się wyrwać, powiedziałem z ukrytą rozpaczą "i tak dalej, i tak dalej..."

"Myślę, że ta podchorążówka dała nam pewną postawę, której wojsko przedwojenne uczyło. (...) że nie ma takich przeszkód, które by rzeczywiście uniemożliwiły wykonanie rozkazu, zrobienie tego, co do człowieka należy. W pewnym sensie my byliśmy trenowani w taki sposób, żeby mieć poczucie, że nie ma rzeczy niemożliwych, żeby nawet mission impossible zawsze wykonać, ponieważ to jest elementarnym obowiązkiem żołnierza. Mnie się to z perspektywy czasu bardzo podoba. Szczególnie mi się zaczęło podobać, kiedy młodsi koledzy przychodzący do „Tygodnika Powszechnego” potrafili nie wykonać nie tyle rozkazu, ile prośby czy polecenia. Kiedy na przykład prosiło się ich, żeby odnieść – pamiętam doskonale taką scenę – żeby odnieść materiał do druku, bo jest ostatnia chwila i drukarze go potem już nie przyjmą. Sprawdzam na następny dzień, czy rzecz została wykonana – nie, materiał nie został dostarczony, wskutek tego nie zostanie wydrukowany. Pytam się: - Co się stało, na litość boską? – A, tak mi się pić zachciało, że poszedłem do baru mlecznego na kakao, a tam był długi ogonek i nie zdążyłem."

[Ze wspomnień szczęściarza]

Brak komentarzy: