środa, 8 sierpnia 2007

Stosunek do słabszych miarą kultury

Zderzenie kultur: kapitalny, centralny problem. Pojedynczy człowiek jest ukształtowany przez swoją społeczność. Wie że jeśli się zwróci przeciw niej, ona go osądzi. To wyznacza ramy jego zachowaniu. Człowiek postrzega swoje uczynki oczami innych ludzi – na tym polega jego człowieczeństwo. Jednak w zderzeniu społeczności ten schemat nie działa. Moralność wykształcona przez jedną z nich nie chroni członków drugiej. Prawa zostają zawieszone, a umysłem rządzi tylko kalkulacja: przewidywanie skutków swoich uczynków. Jeżeli w tej sytuacji dowolności postępowania człowieka nie ogranicza możliwość kary, jego moralność znika. Przykładów setki, a ich pełna lista nie jest wygodna dla nikogo.

My Polacy uważamy że Zachód żywi do Rosji nieusprawiedliwioną sympatię. Nie do Rosjan: Rosjanom współczujemy, ale do Rosji jako zjawiska kulturowego. Ta sympatia jest naszym zdaniem nieuzasadniona, ponieważ Polacy postrzegają Rosję jako zagrożenie. Jako zagrożenie postrzegamy też Niemcy, a przejawy przyjaźni na linii Berlin-Moskwa sprawiają, że rozglądamy się za wejściem do piwnicy. W tej sympatii, jak sądzę, jest postrzeganie pewnej możliwości. Zachód postrzega siebie wobec Rosji jako potencjalnego nosiciela wyższej kultury: demokracji, dobrobytu, praworządności i pokoju. Myśl o takiej roli budzi pozytywne uczucia. Podobnie Polacy myślą o krajach biedniejszych i bardziej zacofanych niż Polska, jeśli te kraje są słabsze i nie stwarzają poczucia zagrożenia. W czasach, gdy Polska wydawała się nam mocarstwem, myśleliśmy tak o naszych wschodnich sąsiadach. W krajach tych, podczas ich walki o niepodległość, znalazły ujście pokłady nienawiści wobec Polski, które były owocem tego paternalistycznego myślenia. Polski żywioł był na wschodnich rubieżach niszczony, gdy tylko ukazały się możliwości ku temu.

Obecnie mówi się o cierpieniach Niemców po zakończeniu II wojny światowej i stratach, jakie wtedy ponieśli. Bez wątpienia były one bolesne i tak zostały zapamiętane. Porównując je jednak z cierpieniami innych narodów można zwrócić uwagę, że nie zorganizowano Niemcom obozów masowej zagłady, dzięki czemu większość – jak się wydaje – przeżyła wypędzenie i może dochodzić swoich praw. Na przykład Żydom takiej możliwości nie stworzono, co poważnie odciążyło ewentualną hipotekę strony niemieckiej. Nikt nie mordował też mieszkańców niemieckich wiosek. W ogóle nie było mowy o masowej eksterminacji Niemców. O ile wiem, nikt po stronie aliantów – ani Zachód ani Rosjanie – nie wpadł na pomysł że Europie można by raz na zawsze zapewnić pokój gdyby naród niemiecki wymazać z mapy. Trzeba więc przyznać wyższą kulturę zwycięzcom tej wojny. Przeciwny jej wynik oznaczałby poważny krok wstecz.

Można posłużyć się tym faktem by starać się zwiększyć przewagę moralną Polaków nad Niemcami, należałoby jednak przypomnieć że akurat Polacy nigdy nie mieli możliwości organizowania masowej zagłady Niemców. Przewagę moralną dawałby nam nasz pozytywny stosunek do kogoś, kto jest w gorszym położeniu od nas. W czasie wojny w tej sytuacji byli Żydzi. Otóż obok niewątpliwych przypadków bohaterstwa, którym było ukrywanie Żydów przed Niemcami (za co groziła kara śmierci), należy odnotować że dziesiątki tysięcy Polaków podczas wojny utrzymywało się z tzw. szmalcownictwa. Było to pobieranie od Żydów okupu za to, że nie donosi się o nich Niemcom. Taki proceder mógł być skuteczny tylko wtedy, jeśli w braku pieniędzy rzeczywiście wydawano Żydów. Niestety nieznane mi są statystyki stwierdzające, jak liczne były takie przypadki. Nie wiem również, czy zdarzały się one i w innych krajach, np. w okupowanej Francji. Jednak z całą pewnością w Polsce nie były odosobnione. Oznacza to, że wielu Polaków robiło po prostu tyle zła, ile mogli. To, że mogli niewiele, można interpretować na rozmaite sposoby.

W dzisiejszych rozmowach o przeszłości, gdy jesteśmy o tyle mędrsi od żyjących w minionych czasach, można by pokusić się o diagnozy. Zadziwiające, że nikt nie mówi: trzeba było zrobić tak i tak. Czasy obecne pełne są ekspertów, doradców i mędrców, mówiących o przyszłości. Natomiast nikt się nie wypowiada, co należało zrobić, by uniknąć 11 września? Wojny w Czeczenii? Wojny na Bliskim Wschodzie? Stanu wojennego w Polsce? Zdławienia praskiej wiosny? Interwencji w Budapeszcie? Blokady Berlina? Holocaustu? Wybuchu wojny? Dojścia Hitlera do władzy? Zupełnie, jakby te problemy były nierozwiązalne. Jeśli tak, to i nasze problemy teraz nie mają rozwiązań; nie mamy wpływu na bieg historii. Taka odpowiedź jest w naszej kulturze nie do przyjęcia. Dlaczegóż więc nie wiemy, co należało zrobić wcześniej? A jeśli nie wiemy, jak chcemy zapobiegać takim zdarzeniom w przyszłości? Jedyna odpowiedź brzmi: nie chcemy. Chcemy robić to co nam wygodnie, nie dbając o przyszłość. Stąd nasza zgoda na wojny w Iraku, Czeczenii i na Bliskim Wschodzie, zgoda na Busha, Sharona i Putina.

Wyobraźmy sobie granicę między dwoma hipotetycznymi państwami A i B, z których A jest cywilizacyjnie i militarnie silniejsze, bardziej demokratyczne i pokojowe, a jednocześnie posiada silniejszą armię. Państwo B jest słabsze, z mniejszą kulturą polityczną, wątlejszą praworządnością i większą inflacją; jest rządzone bardziej autokratycznie, prasa nie cieszy się swobodą, telewizja jest pod kontrolą rządu a ludzie maja bardziej fatalistyczny stosunek do życia. Wywiad i prasa państwa A donosi o korupcji i krzywdzie społecznej w państwie B, a także o niesprawiedliwościach aparatu sądowego i okrucieństwie politycznej policji. W państwie B – donoszą gazety w państwie A – nie ukrywa się różnic między obywatelem a władzą, a prawo jest łamane. Gazety mają rację. W państwie B rzeczywiście dzieje się gorzej, niż w państwie A. Jakie są tego konsekwencje prawne? Jaka jest odpowiedzialność państwa A za losy jego sąsiadów? Co mogą i powinny zrobić władze A, by ulżyć cierpieniom obywateli B i przyspieszyć bieg historii? Co im wolno, a czego nie? Jeżeli nie dyskutujemy odpowiedzi na te pytania, jesteśmy bezradni wobec argumentów dorabianych do decyzji.

Jaką szansę mają Czeczeni? Co byśmy robili, mieszkając w ruinach Groznego? Sarajewa? Bejrutu? Co ma robić młody Palestyńczyk mieszkający w obozie dla uchodźców? O to samo pyta tybetański mnich, torturowany przez chińskiego żołnierza. Czy ma się wyrzec swojej religii i kultury? On się bez przerwy nad tym zastanawia. Nikt na kuli ziemskiej nie myśli tak intensywnie nad żadnym naukowym zagadnieniem. Gdyby w Tybecie była ropa, dostałby może od CIA przepis na produkcję bomby. Co ma robić dziś człowiek, którego godności się zaprzecza? Postawmy się na jego miejscu i dajmy mu uczciwą odpowiedź. Czego od niego oczekujemy? Czy ma tę swoją godność poświęcić dla naszych ideałów, które dają nam poczucie wyższości? Jeśli tak, powiedzmy mu to głośno: „nasza kultura jest lepsza, a Twój los nas nie obchodzi. Możesz się tylko podporządkować przemocy”. Powiedzmy to w Tybecie, Czeczenii i Palestynie. I przestańmy udawać, że jesteśmy zdziwieni. To co się dokonuje, dokonuje się za naszą zgodą.


24.03.2005

Brak komentarzy: